» Materiały dla Kwiecień 2020 rok
Zaczynam od razu z grubej rury, bo od filmu samego mistrza - Sergio Leone. Dawno Temu w Ameryce, to epicka opowieść, która nie całkiem jest jasna do samego końca, gdyż można interpretować ją na wiele sposobów. Postaram się wam przybliżyć moją intepretację i połączyć ją z subiektywną oceną filmu. Owy film, to historia czterech przyjaciół pochodzenia żydowskiego, którzy chcieli osiągnąć coś za wszelką cenę, niekoniecznie legalnie. I tak film podzielony jest na trzy osobne części, pierwsza to, ta w której poznajemy przyjaciół, gdy są jeszcze dziećmi, ich pierwsze nielegalne interesy i kontakty ze światem przestępczym. Druga część to moment, w którym przyjaciele są już dojrzali i prowadzą brudne interesy, takie jak np. handel alkoholem w czasach prohibicji. Trzecia część to jakby zakończenie, ale za to jak bardzo wzruszające i dające do myślenia. Tutaj gangsterzy są już w podeszłym wieku i rozliczają się z przeszłością.
Więcej




Amerykański scenarzysta i producent David Ayer dał się poznać widzom już w 1998 roku, przy okazji filmu “Patriota” ze Stevenem Segalem. Później pracował jako scenarzysta “U-571″, “Dzień próby” oraz kultowego w swoim gatunku “Szybcy i wściekli”. Dziś, po trzech latach ciszy, powraca w roli reżysera filmu “Królowie ulicy”.
Współtwórcą scenariusza jest James Ellroy, człowiek...
Więcej

Dawno nie byłam w kinie na filmie, po którego zakończeniu cała sala wciąż siedziała w swoich fotelach. Dlaczego? Bo takie zrobił na nas wrażenie. „Popiełuszko” to wspaniała, wzruszająca, a przede wszystkim prawdziwa historia księdza, który zmienił ówczesne czasy. Muszę przyznać, że gdy wybierałam się na tę produkcję, niewiele się po niej spodziewałam. Bałam się, że będzie to ...
Więcej

Jest rok 2012, Robert Neville (Will Smith) jest prawdopodobnie jedynym żyjącym człowiekiem w opustoszałym przez wirus Nowym Jorku, a być może na całym świecie. Nieudolnie starając się znaleźć szczepionke na śmiertelna zaraze, na którą sam z niewiadomych przyczyn jest odporny walczy o przetrawianie z wrażliwymi na promieniowanie ultrafioletowe “zakażonymi”, którzy stracili resztki swojego człowieczeństwa. Jego jedynym towarzyszem jest wierny pies Sammantha, który pomaga mu w zdobywaniu pożywienia, o które wcale nie jest tak łatwo.
Film jest kolejną adapracją książki “Nowe Barwy Mesjasza” napisanej przez Richarda Mathesona. Jest to wzruszająca opowieść człowieka, który w obliczy niebezpieczeństwa boryka się nie tylko z zagrożeniami płynącymi z zewnątrz ale także z samym sobą, pustką i samotnością.
Sama fabuła i “charakter” filmu bardzo mnie urzekła, jednak efekty specjalne pozostawiają sobie wiele do życzenia. W niektórych momentach można odnieść wrażenie, że na ekranie mamy do czynienia z urywkami gry komputerowej, bądź filmu animowanego, ale świetna fabuła w stu procentach rekompensuje nam te drobne niedopatrzenia.
Na pierwszy rzut oka film może się wydawać denną opowieścią o walce człowieka z armią pożerających wszystko co się rusza stworzeń, co można było zobaczyć w produkcjach typu “Resident evil”. Jednak cały film porusza zupełnie inna tematyke, a mianowicie ludzką psychike. Fani filmów grozy raczej nie będą mieli czego tutaj szukać, ale jeśli mamy ochotę na spędzenie wieczoru przy czymś głębszym to zapraszam serdecznie do kin.
Will Smith, po filmie “W pogoni za szczęściem” znów wcielił się w role troche mniej komediową. Wydaje się, że powoli odchodzi od takich ról jak w filmie “Hitch”, czy “Bad boys”. Gdybym miał wybierać w jakich rolach bardziej się sprawdza maiłbym ogromny dylemat, ale trzeba mu przyznać, że potrafi zarówno wzruszać do łez, jak i wspaniale rozbawić.

Więcej

Filmem, który właśnie recenzuję jest film amerykańsko-węgiersko-brytyjskiej produkcji pod tytułem - “Eragon”. Film ten jest ekranizacją książki o tym samym tytule, autorstwa młodego pisarza - Christophera Paolini’ego.
Czytałem dużo pochlebnych recenzji na temat tej książki, dlatego zamierzałem ją kupić i przeczytać…jednak do dziś dnia nie znalazła się ona na mojej półce.
Wstrzymywałem się z kupnem tej powieści głównie z tego powodu, że jakoś nie wierzyłem by “dziecko” mogło napisać dobrą książkę. W chwili obecnej, po obejrzeniu filmu obawiam się, że ta książka nigdy nie stanie na mojej półce, a to za sprawą tego, że film owy nie wywarł na mnie zbyt wielkiego wrażenia.
Za dużo w nim widziałem “Władcy Pierścieni” i “Harry’ego Pottera”. Nie mówię, że nie podobają mi się te filmy, jednak te podobieństwa mnie odpychały od “Eragona”.
Władcę pierścieni wiążę z ogólnym zarysem treści filmu. “Jedna osoba przejęła władzę nad światem i teraz zaczyna się wojna między dobrem i złem, które reprezentują dość paskudni ludzie (jeśli w ogóle są oni ludźmi) We Władcy Pierścieni były to Orki, ale ci ludzie z “Eragona” byli tak samo odrażający jak one. Wypisz wymaluj, główny temat Władcy Pierścieni. Co do Harry’ego Pottera, to chodzi mi o magię. Jedna różnica, że Harry potrzebuje różdżki do czarowania, a Eragonowi wystarczy ręka. Był moment, gdy Eragon miał przed sobą zamknięte drzwi. Od razu naszła mnie myśl, że zaraz powie “Alohomora” (zaklęcia używane w “Harrym Potterze” do otwierania drzwi)…na szczęście Eragon użył innego zaklęcia, hehe
Może uznacie, że te porównania są trochę na siłę, ale poważnie, ciągle we filmie widziałem dwa filmy wymienione wyżej.
Dodatkowo Eragon tak jak i Harry nagle dowiedział się, że umie czarować i o dziwo tak jak i Harry bardzo szybko nauczył się używać tych czarów, dodatkowo wypowiadanych w innym języku…
…”Eragon”, no właśnie. To imię jest trochę dziwne jak dla człowieka, nie sądzicie? Nie wiem jak wy, ale ja znając tytuł i wiedząc, że jest to o chłopcu i o smoku od razu na myśl przyszło mi, że to smok dzierży tę imię. Podczas oglądania filmu moje zdziwienie było niemałe, gdy usłyszałem, że imienia tego użyto w stosunku do chłopaka, a nie do smoka.

Więcej

Świetna, bezpretensjonalna historia szesnastoletniej Juno, która podczas swojego pierwszego razu zachodzi w ciążę. W niezwykły sposób pochodzi do tej informacji. Nie załamuje się, a rozsądnie zastanawia się co zrobić. Nie podobne to do tak młodej dziewczyny. Nie idzie na łatwiznę, postanawia nie usuwać ciąży. Powód co prawda jest dość prozaiczny, gdyż idąc na zabieg, od jednoosobowej manifestacji w postaci koleżanki z klasy, dowiaduje się, że jej sześciotygodniowy płód ma już paznokcie. Za radą najlepszej przyjaciółki Lei postanawia znaleźć dla nienarodzonego dziecka bezdzietne małżeństwo, które zgodziłoby się je adoptować. Wkrótce natrafia na pasującą do jej oczekiwań parę, Marka i Vanessę.
Z Markiem od razu udaje się jej znaleźć wspólny język, natomiast z jego żoną jest dość ciężko. Ta, boi się, że June zrezygnuje w ostatniej chwili. Nic bardziej mylnego, młoda dziewczyna jest zdecydowana w 104% o tym, że nie jest gotowa zostać jeszcze matką.
Dość śmiesznie przedstawieni są rodzice nastolatki. Gdy dochodzi do rozmowy, podczas której dziewczyna chce powiedzieć im o ciąży, Ci zawiedzeni mówią, że woleliby, żeby została wyrzucona ze szkoły, albo była uzależniona od narkotyków. Jednak szybko odnajdują wspólny język i darzą córkę wsparciem.
Dość poboczną rolę odgrywa ojciec dziecka - Paulie Bleeker, który jest najlepszym przyjacielem June. Przez dłuższą część ciąży jest on nieobecny. Ta odnajduje przyjaciela w Marku. Świetnie się dogadują, mają podobne zainteresowania, lubią po prostu spędzać ze sobą czas.
Nie jest to historia, w której namawia się młode dziewczyny do porzucenia dziecka, usunięcia, która by tłumaczyła, że ciąża nie jest żadnym problemem, nie pokazuje, że to prosta sytuacja. Ten film w dość banalny, a zarazem mądry sposób pokazuje, że ciąża to po prostu nie koniec świata. Że zawsze znajdzie się ktoś, do kogo można się zwrócić, porozmawiać, poprosić o pomoc. Pokazuje też, że aborcja nie jest ostatecznym rozwiązaniem w takiej sytuacji. I to należy w nim docenić. Ponieważ ile teraz szesnastolatek zachodzi w ciążę i nie wie co z tym fantem zrobić? Wydaje mi się, że dużo więcej niż powinno. Jeśli kiedykolwiek tak młode dziewczyny są na to gotowe.
Jest jeszcze jeden dość zabawny element filmu. Otóż następuje taki mały przewrót akcji w kontekście katolickim. Według tej wiary stosowanie środków zabezpieczających, jakichkolwiek, czy prezerwatyw, czy tabletek – jest grzechem. Tutaj bohaterowie tego grzechu nie popełnili, co jakby ogólnie umniejsza ich grzech w tej perspektywie.
Należy zwrócić uwagę na bardzo swobodną grę aktorską, która powoduje, że sami czujemy się członkami, bohaterami filmu. Że zastanawiamy się ‘co by było gdyby’. Przybliżają nas do siebie prezentując się jako ‘normalni nastolatkowie’. Stawiani oni są na równi ze swoimi widzami – rówieśnikami, nie czują się lepsi. Po prostu są sobą. Nic bardziej nie zachęca do oglądania. Ellen Page, odgrywająca rolę June, głównej bohaterki, już w pierwszych minutach filmu wzbudza naszą sympatię. Ta jej energia, spontaniczność. Oby jej dalsza kariera rozwijała się szybko i owocnie.
Muzyka również jest świetna. Chętnie się wsłuchuje, dzięki czemu ogląda się z jeszcze większą lekkością.
Film nie jest nacechowany negatywnie. Przeciwnie. Przepełniony jest optymizmem. Dowiadujemy się z niego, że nawet z najbardziej podbramkowych sytuacji można wyjść i dobrze je rozwiązać. Zdecydowanie polecam, jako dowód, że amerykańskie komedie wysokobudżetowe, nie zawsze są puste i beztematowe.

Więcej
Wspaniały przykład przedstawienia ignorancji ekonomicznej jako zalety. Fabuła jest prosta, bo to w sumie znośny filmik na zaśnięcie. Bogata damulka odkrywa że lenistwo jej męża nie wynika z bogactwa tylko z bezrobocia, jedno konto jest wyczyszczone, drugie zadłużone. Damulka musi więc zrobić najgorsze, by utrzymać status - pójść do pracy, a że jedyne co potrafi to narzekać na przyjęciach i wystukiwać pin karty męża, nie może liczyć na pracę lepszą niż sprzątaczka. Taką też dostaje, jednak żeby napięcie filmu nie osiągnęło poziomu wiadra z mopem, obiektem w którym damulka sprząta jest oddział banku federalnego, w którym dokonuje się spalenia banknotów nie nadających się do dalszego użytku.
Konserwująca powierzchnie płaskie, pachnąca najnowszą linią zapachową Mr Propera, widzi codziennie sterty zielonych banknotów zamieniające się w szary proch. I tu okazuje się, że damulka jest mistrzynią intrygi - opracowuje “genialny” plan wykradzenia pieniędzy, w który wciąga dwie inne kobiety, już nie damulki, pracujące w tym samym oddziale. Potrzeba jest matką wynalazku wiadomo, dopóki Damulka mieszkała z bogatym mężem, wynalazków nie tworzyła, teraz w garnku pusto, czas więc wprowadzić plan w życie i na nowo stać się obrzydliwie bogatym.
Najciekawsza, dla mnie osobiście najboleśniejsza, scena tego filmu to rozmowa mająca miejsce zaraz po odkryciu przekrętu przez męża damulki. Jest to bowiem jedyny moment filmu, gdzie ktoś poddaje zachwyt nad pomysłem pod wątpliwość i analizę. Mąż, pewnie absolwent jakiejś szkoły, do niedawna pracujący za duże pieniądze, a więc trochę obeznany z procesem obrotu pieniędzmi, nie jest zwolennikiem nowej metody bogacenia się. Wspomina nawet coś o osłabieniu wartości pieniądza, tu przykładowo względem jena, lecz damulka pointuje słowami: “Zamierzam to dalej robić, jen musi sobie radzić sam”. Cięcie. Nowa scena, biedna koleżanka damulki posyła synka do prywatnej szkoły.
Od momentu, w którym damulka przekonała męża i zapewne część widowni do słuszności swojego procederu, wszyscy w filmie czerpią korzyści, upajają się nową jakością życia.
“Proceder recyklingu pieniędzy” jak nazywa swoją czynność jedna z bohaterek, jest w filmie solidnie umocowany i starannie usprawiedliwiany. Kobiety podprowadzające pieniądze są sympatyczne, strażnicy zadufani, pozornie groźni i śmieszni. Same pieniądze wydawane są na realizacje marzeń, pomoc dzieciom, przy ciągłym podkreślaniu faktu, że i tak by się zmarnowały w piecu. Towarzyszyło mi tymczasem wrażenie, że trzy bohaterki popełniają tutaj gorsze przestępstwo niż gdyby okradły prawdziwy bank, napadły na Fort Knox, czy zrobiły jakiś gigantyczny przekręt podatkowy. W dobrym filmie o skoku na bank, bohaterowie okradają kogoś, dokonują konkretnej zbrodni, sympatyczne ale zawsze zbiry, mają motywacje wykraczającą poza pomnożenie ilości zer na koncie. Co “moralnie najważniejsze” nie promują kradzieży jako powszechnego sposobu zarabiania na życie. Grająca damulkę Diane Keaton powinna to wiedzieć, w końcu to jej w “Ojcu chrzestnym” Al Pacino powtarzał co chwilę, że już za moment interes będzie legalny. Poza tym z punktu widzenia rynku, nie jest ważne czy dany milion ukradnę i wydam ja, czy wyda go kolega, który go zarobił.
Tu mamy kolegę, który zarobił i mnie który ukradł, a obaj po milionie wydaliśmy. Zupełnie jakby ukrytym celem filmu było przekonanie widza do powszechnej polityki dodrukowywania pieniędzy. “W końcu za te pieniądze lecące w ogień można by parę świetlic robotniczych postawić i dzieciom ołówki do szkoły zakupić”. W filmie nawet nie wspomina się, że na każdego spalonego podartego dolara, mennica wypuszcza nowiutkiego i tak w prosty sposób poziom się utrzymuje. Jakie są efekty wprowadzania w obieg pieniędzy bez pokrycia można nie wiedzieć, jeśli przeżyło się całe życie w wolnorynkowym kraju, niestety nam, Polakom, ta wiedza jest dość bliska.
Zdaje sobie sprawę, że szkody jakie wyrządzają bohaterki mają znikome znaczenie w porównaniu z np. drukowaniem przez państwo miliardów w celu “ratowania” nierentownych przedsiębiorstw, jednak drażni mnie sama próba usprawiedliwienia, nawet na milionowych sumach.
Oprócz opisanej głupoty ekonomicznej, film posiada jeszcze jedną wartość negatywną, która w bezpośredni sposób przyczyni się do straty pieniędzy. Jest tak nijaki, że zaraz po projekcji można zapomnieć o filmie, a nazajutrz, że trzeba coś w ogóle oddać do wypożyczalni. Nie pozwólcie się okraść przez ten film.
Więcej

Czy jest możliwe, żeby cała akcja filmu opierała się na rozmowie? Czy możliwy jest udany film dwojga aktorów? Ależ oczywiście. Przykładem takiej produkcji jest właśnie Before Sunrise.
Poznajemy Amerykanina - Jesse i Francuzkę – Celine. Jadą razem pociągiem. Powoli, ukradkiem spoglądają w swoją stronę. W pewnym momencie mężczyzna proponuje dziewczynie, żeby razem wysiedli w Wiedniu. Rozmowa była tak interesująca, że ta przez chwilę się waha, ale przecież „lepiej żałować, że się coś zrobiło, niż że się tego nie zrobiło”. Wysiadają zatem i postanawiają poświęcić noc na poznanie siebie. Poświęcić to właściwie złe słowo, bo widać po obojgu, że tego właśnie pragną. Oboje wiedzą, że mają czas tylko do poranka, kiedy to dziewczyna będzie musiała wsiąść w pociąg do Paryża. W ten sposób zdają sobie sprawę, że muszą docenić każdą najmniejszą chwilę, gest, słowo, chłonąć wszystko, bo czas ucieka.
Spacerują i rozmawiają, siedzą w kawiarni, leżą… Wszystko w tym filmie opiera się na inteligentnych dialogach. Bohaterowie rozmawiają niemal bez przerwy. O miłości, polityce, przeszłości i planach. Poprzez ich wzajemne poznawanie się, my poznajemy poszczególnych bohaterów. Mimo iż w filmie nie padają słowa ‘kocham Cię’ i tak wiemy, że bohaterowie są głęboko sobą zauroczeni.
Film  doczekał się swojego sequela - Before Sunset - gdzie ta sama para bohaterów spotyka się po latach…
Perfekcyjna jest w tym filmie gra aktorska Ethana Hawka i Julie Delpy. Właściwie jedyne co robią to rozmawiają, jednak z taką inteligencją i magią zarazem, że ogląda się ich wciągniętym do końca. Idealnie utożsamiają się ze swoimi bohaterami, poprzez jednocześnie erotyczny i nieśmiały wygląd.
Nie pozostaje mi nic innego jak tylko gorąco polecić.

Więcej

Normą stało się, że z okazji każdych nadchodzących Świąt Bożego Narodzenia, hollywoodzcy filmowcy tworzą filmy o tematyce związanej z tymi niezwykłymi dniami.
Z roku na rok poznajemy coraz to bardziej niezwykłe przygody Świętego Mikołaja, historie romantyczne czy komedie, których tłem jest zielone drzewko, rodzinne spotkanie czy śnieżny biały puch. W większości przypadków jest to kino skierowane do najszerszego grona publiczności czyli wszystkich. Produkcje opieczętowane mianem familijnych, są lekkie, łatwe i przyjemne, nie zmuszają widzów do znacznego wysiłku intelektualnego, co przyciąga rzesze zwolenników.
Któż mógłby wyobrazić sobie Gwiazdkę bez sympatycznego, poczciwego staruszka w czerwonym kubraczku, obdarowującego wszystkie grzeczne dzieci wymarzonymi prezentami. Zarówno mali jak i duzi z niecierpliwością czekają na ten wyjątkowy moment. W historiach o Świętym Mikołaju najczęściej skupiano się na jego osobie, otaczającej go świcie elfów i fabryce wytwarzającej podarki. Rzadko wspominano o rodzinie, którą zazwyczaj ograniczono do Pani Mikołajowej. W nowej komedii familijnej, reżysera takich filmów jak „Polowanie na druhny” czy „Rycerze z Szanghaju” poznajemy zabawną opowieść o starszym bracie mieszkańca Bieguna Północnego. David Dobkin wraz z scenarzystą Danem Fogelmanem stworzyli pełen humoru i jednocześnie nauki film, który zachęca swoją prostotą treści. Na domiar tego zaangażowanie takich aktorów jak: Kevin Spacey, Rachel Weisz, Vince Vaughn czy rapera Ludacrisa musiało przyczynić się do powodzenia tej produkcji.
„Fred Claus – Brat Świętego Mikołaja” rozpoczyna się wspomnieniem, obrazującym lata dzieciństwa w rodzinie Clausów. Jesteśmy świadkami narodzin przyszłego Świętego Mikołaja, który od najmłodszych lat przejawiał wolę samarytanina. Jego starszy brat Fred (Vaughn ) obiecał mu, że będzie jego najlepszym starszym bratem na całym świecie. Jednak jak to bywa w większości przypadków łatwiej jest dać słowo, aniżeli go dotrzymać, co w ostatecznym rozrachunku doprowadza do rodzinnych niesnasek. Kiedy rodzeństwo dorosło ich drogi rozeszły, przez co wzajemny kontakt ograniczył się prawie do zera. Po krótkim odtworzeniu faktów, akcja filmu powraca do współczesnej rzeczywistości, w której Fred jest komornikiem, paradoksalnie nienawidzącym świąt i wszelkich rzeczy z nimi związanych. Planuje rozkręcić własny biznes, zakładając biuro bukmacherskie, jednak na jego rozruch potrzebuje znaczne sumy pieniędzy. Z prośbą o pożyczkę zgłasza się do młodszego brata Świętego Mikołaja, który udzieli kredyty pod jednym zasadniczym warunkiem. Fred ma przyjechać na Biegun Północny i przez parę dni popracować w fabryce zabawek. Jego zadaniem jest weryfikacja dzieci pod względem grzeczności, co później warunkuje otrzymanie prezentu. W między czasie do wioski przyjeżdża Clyde, kontroler wydajności, który ma nie zbyt czyste intencje.
Wytwórnia Warner Bros. słynie z kina familijnego na wysokim poziomie. Filmy w ich wykonaniu charakteryzują się przejrzystością fabuły, stonowanym humorem i przesłaniem ukrytym w treści. Najlepszym tego przykładem jest opisywany przeze mnie film. Historia w nim opowiedziana udawania, że rodzina jest fundamentalną częścią życia każdego człowieka. Nie kochajmy jej członków za to kim są, tylko jacy są. Nie odwracajmy się od nich plecami, kiedy potrzebują naszej pomocy. Bądźmy zawsze w pogotowiu, aby w każdej sytuacji wspierać się nawzajem. Czy jesteś spokrewniony z prezydentem, aktorem czy nawet Świętym Mikołajem, w życiu ważne jest ramię, na którym możesz się wesprzeć w trudnych chwilach, bo w przeciwnym razie świat zrobi z ciebie przystawkę na drugie śniadanie.

Więcej


Nie jestem pewna czy jestem po prostu za stara na takie filmy, czy jednak był to kicz, ale niestety nie mogę pozytywnie wypowiedzieć się na temat tej produkcji. Zastanówmy się czy robimy bajkę dla dzieci czy film dla starszych ludzi. Bo takie przemieszanie z jakim mieliśmy do czynienia w “Zaczarowanej” jest nie do przyjęcia. Niestety ta “Animacja, Familijny, Fantasy, Musical, Przygodowy, Romans” (sic!) denerwował mnie już po dziesięciu minutach. Za dużo ‘zerżniętych’ z innych dobrych motywów. Znów oklepany Nowy York, nie wspominając już o magicznym przeniesieniu do innego świata, a wychodzenie z kanałów? oh, please!
Poznajemy Giselle, bajeczną postać z Andolezji, która uważa, że najważniejszy w życiu jest prawdziwy pocałunek, który należy złożyć na ustach prawdziwej miłości… I oczywiście magiczny książę pojawia się, od razu oświadcza, zwierzęta pomagają pannie młodej uszyć suknię… Jest nawet zła macocha czarownica. Wszystko to, co powinno znaleźć się w bajce. I do tego momentu jest to idealna produkcja dla dzieci. Jednak podczas przeniesienia akcji do realnego świata, cały zamysł się psuje. Jeśli film miał być przeznaczony dla dzieci, to nie zrozumieją go w dalszej części, jeśli dla dorosłych, to będą się irytować jego naiwnością.
Nie było realnie, romantycznie. Nawet nie było śmiesznie. Czego więc dalej szukać?
Oczywisty od początku filmu był fakt, że wszystko zakończy się happy endem. Ale czy ja wiem czy był on taki szczęśliwy dla dorosłych odbiorców? Zwłaszcza kobiet? Pointą filmu generalnie jest fakt, że faceci potrzebują infantylnych księżniczek, ‘przynieś, wynieś, pozamiataj’, a, i do pomocy będzie miała jedynie ptaszki i szczurki.
Każda z nas marzy o ‘prawdzimym księciu z bajki’, jednak pewnego dnia wyrastamy z dziecięcych wyobrażeń o świecie. Smutne, ale prawdziwe, po co wmawiać naiwnym jeszcze szesnastolaktom, że zawsze będzie dobrze?
Na szczęście nie obejdzie się bez pozytywów. A właściwie jednego. Mowa tu o genialnej grze aktorskiej Patricka Dempsey’a, znanego przez większość z serialu ‘Chirurdzy’. Gra realistę, który nie wierzy w bajki, a z biegiem filmu zauważamy jego wewnętrzną przemianę.
Bajki zawsze mają morał. Tutaj ciężko się go dopatrzeć. Chociaż może jest? Przecież Giselle nie zostaje ‘na zawsze’ z pierwszym mężczyzną. Może pokazuje, że nie zawsze ten, który wydaje się nam być ‘tym jedynym’ tak naprawdę nim jest? Jeśli o to chodziło, to przykre…. Udowadnia to tylko jak świat jest okrutny.
Muszę przyznać, że Disney wydał wiele lepszych ‘bajek’. To była zwykła komercyjna maszynka do napędzania pieniędzy.

Więcej