» » Recenzja Skok na kasę (Mad Money) (2008)

Recenzja Skok na kasę (Mad Money) (2008)

  • 0
Wspaniały przykład przedstawienia ignorancji ekonomicznej jako zalety. Fabuła jest prosta, bo to w sumie znośny filmik na zaśnięcie. Bogata damulka odkrywa że lenistwo jej męża nie wynika z bogactwa tylko z bezrobocia, jedno konto jest wyczyszczone, drugie zadłużone. Damulka musi więc zrobić najgorsze, by utrzymać status - pójść do pracy, a że jedyne co potrafi to narzekać na przyjęciach i wystukiwać pin karty męża, nie może liczyć na pracę lepszą niż sprzątaczka. Taką też dostaje, jednak żeby napięcie filmu nie osiągnęło poziomu wiadra z mopem, obiektem w którym damulka sprząta jest oddział banku federalnego, w którym dokonuje się spalenia banknotów nie nadających się do dalszego użytku.
Konserwująca powierzchnie płaskie, pachnąca najnowszą linią zapachową Mr Propera, widzi codziennie sterty zielonych banknotów zamieniające się w szary proch. I tu okazuje się, że damulka jest mistrzynią intrygi - opracowuje “genialny” plan wykradzenia pieniędzy, w który wciąga dwie inne kobiety, już nie damulki, pracujące w tym samym oddziale. Potrzeba jest matką wynalazku wiadomo, dopóki Damulka mieszkała z bogatym mężem, wynalazków nie tworzyła, teraz w garnku pusto, czas więc wprowadzić plan w życie i na nowo stać się obrzydliwie bogatym.
Najciekawsza, dla mnie osobiście najboleśniejsza, scena tego filmu to rozmowa mająca miejsce zaraz po odkryciu przekrętu przez męża damulki. Jest to bowiem jedyny moment filmu, gdzie ktoś poddaje zachwyt nad pomysłem pod wątpliwość i analizę. Mąż, pewnie absolwent jakiejś szkoły, do niedawna pracujący za duże pieniądze, a więc trochę obeznany z procesem obrotu pieniędzmi, nie jest zwolennikiem nowej metody bogacenia się. Wspomina nawet coś o osłabieniu wartości pieniądza, tu przykładowo względem jena, lecz damulka pointuje słowami: “Zamierzam to dalej robić, jen musi sobie radzić sam”. Cięcie. Nowa scena, biedna koleżanka damulki posyła synka do prywatnej szkoły.
Od momentu, w którym damulka przekonała męża i zapewne część widowni do słuszności swojego procederu, wszyscy w filmie czerpią korzyści, upajają się nową jakością życia.
“Proceder recyklingu pieniędzy” jak nazywa swoją czynność jedna z bohaterek, jest w filmie solidnie umocowany i starannie usprawiedliwiany. Kobiety podprowadzające pieniądze są sympatyczne, strażnicy zadufani, pozornie groźni i śmieszni. Same pieniądze wydawane są na realizacje marzeń, pomoc dzieciom, przy ciągłym podkreślaniu faktu, że i tak by się zmarnowały w piecu. Towarzyszyło mi tymczasem wrażenie, że trzy bohaterki popełniają tutaj gorsze przestępstwo niż gdyby okradły prawdziwy bank, napadły na Fort Knox, czy zrobiły jakiś gigantyczny przekręt podatkowy. W dobrym filmie o skoku na bank, bohaterowie okradają kogoś, dokonują konkretnej zbrodni, sympatyczne ale zawsze zbiry, mają motywacje wykraczającą poza pomnożenie ilości zer na koncie. Co “moralnie najważniejsze” nie promują kradzieży jako powszechnego sposobu zarabiania na życie. Grająca damulkę Diane Keaton powinna to wiedzieć, w końcu to jej w “Ojcu chrzestnym” Al Pacino powtarzał co chwilę, że już za moment interes będzie legalny. Poza tym z punktu widzenia rynku, nie jest ważne czy dany milion ukradnę i wydam ja, czy wyda go kolega, który go zarobił.
Tu mamy kolegę, który zarobił i mnie który ukradł, a obaj po milionie wydaliśmy. Zupełnie jakby ukrytym celem filmu było przekonanie widza do powszechnej polityki dodrukowywania pieniędzy. “W końcu za te pieniądze lecące w ogień można by parę świetlic robotniczych postawić i dzieciom ołówki do szkoły zakupić”. W filmie nawet nie wspomina się, że na każdego spalonego podartego dolara, mennica wypuszcza nowiutkiego i tak w prosty sposób poziom się utrzymuje. Jakie są efekty wprowadzania w obieg pieniędzy bez pokrycia można nie wiedzieć, jeśli przeżyło się całe życie w wolnorynkowym kraju, niestety nam, Polakom, ta wiedza jest dość bliska.
Zdaje sobie sprawę, że szkody jakie wyrządzają bohaterki mają znikome znaczenie w porównaniu z np. drukowaniem przez państwo miliardów w celu “ratowania” nierentownych przedsiębiorstw, jednak drażni mnie sama próba usprawiedliwienia, nawet na milionowych sumach.
Oprócz opisanej głupoty ekonomicznej, film posiada jeszcze jedną wartość negatywną, która w bezpośredni sposób przyczyni się do straty pieniędzy. Jest tak nijaki, że zaraz po projekcji można zapomnieć o filmie, a nazajutrz, że trzeba coś w ogóle oddać do wypożyczalni. Nie pozwólcie się okraść przez ten film.
Informacja
Członkowie grupy Gość nie posiadają uprawnień do komentowania tego artykułu.